Typowy dzień ekspedycji porucznika Sebastiana Schulza w głębi Togolandu
Ach, meine Herren und Damen aus metropolii, siadajcie wygodnie w wyobraźni przy ognisku (tym, które Kofi właśnie rozniecił z precyzją pruskiego artylerzysty), bo dziś opowiem Wam, jak wygląda prawdziwy dzień niemieckiej ekspedycji kolonialnej pod moim dowództwem!
Budzimy się o świcie, gdy tropikalne słońce zaczyna już piec jak piec hutniczy w Saksonii. Ja, porucznik Sebastian Schulz z Królewskich Wojsk Saskich, wstaję pierwszy – w pełnym mundurze, z monoklem na oku i mapą w ręku. Obok mnie Kofi, mój wierny przewodnik i tropiciel z plemienia Ewe, który zna te lasy lepiej niż ja znam piwiarnie Drezna. „Massa Schulz, dziś idziemy dobry szlak” – mówi z tym swoim szerokim uśmiechem, który rozbraja nawet najbardziej ponurego feldfebla. I ma rację. Bez Kofiego i jego ludzi ekspedycja skończyłaby się po dwóch kilometrach w mangrowcach.
Tuż za nimi maszerują tragarze – dzielni afrykańscy nosiciele, którzy dźwigają na głowach skrzynie z amunicją, instrumentami naukowymi, konserwami i moim osobistym zapasem bawarskiego piwa (bo bez porządnego trunku nie da się prowadzić cywilizacyjnej misji). Ci chłopcy to prawdziwi bohaterowie! Idą boso, śpiewają rytmiczne pieśni, a ich mięśnie pracują jak dobrze naoliwione mechanizmy Kruppa. Bez nich nie byłoby ani postępu, ani próbek rudy, ani tych pięknych zdjęć, które wysyłam do Kaiserliche Kolonialgesellschaft. Dziękuję Wam, bracia z Togolandu – jesteście dumą tej kolonii!
Dzień mija na marszu, mapowaniu, zbieraniu okazów i drobnych „dyplomatycznych” rozmowach z lokalnymi wodzami. Ja wydaję rozkazy po niemiecku, Kofi tłumaczy na lokalny dialekt z dodatkiem gestów i śmiechu. Czasem trafiamy na wioskę – wtedy zawsze jest festyn: tańce, bębny i handel. Ja daję sól i tkaniny, oni dają informacje o „złych duchach lasu”. Wszystko ku chwale Cesarstwa!
A wieczorem… wieczorem rozbijamy obóz. Ogniska płoną wysoko, straże stoją, a my siedzimy przy stole polowym i analizujemy zdobycze dnia. I właśnie wtedy zaczyna się to.
Kilka dni temu natknęliśmy się na świeże ślady wielkiego hominida – ogromne, ludzkie, ale… nie do końca. Kofi nazwał to „Koolookamba” (lub jak mówią starsi – leśnym olbrzymem, który chodzi na dwóch nogach i wydaje dźwięk „kooloo-kooloo”). Wielki, owłosiony, silniejszy niż goryl, a jednocześnie sprytniejszy niż szympans. Afrykański kuzyn Yeti, tylko z charakterem saksońskiego niedźwiedzia.
W nocy słyszeliśmy go. Kręcił się wokół obozowiska, łamał gałęzie, pomrukiwał nisko i groźnie. Ludzie sięgali po mauzery, tragarze szeptali modlitwy, a ja stałem z lampą naftową i wołałem: „Komm her, du haariges Vieh, jeśli masz odwagę!” Ale Koolookamba bał się ognia. Krążył, obserwował, ale nie podszedł bliżej na dystans skutecznego strzału. Ostatecznie odszedł przed świtem, zostawiając tylko potężny trop i historię, którą będę opowiadał wnukom w Dreźnie.
Nikt nie ucierpiał. Dzięki czujności straży, mądrości Kofiego i niemieckiej dyscyplinie wyszliśmy z tego cali. A rano tragarze już żartowali: „Massa Schulz, nawet wielki małpolud wie, że z Sasami i Prusakami lepiej nie zadzierać!”

To jest Togoland, moi drodzy. Nie tylko piach, dżungla, malaria i handel. To przygoda, braterstwo broni między Niemcem a Afrykaninem, nauka i odrobina zdrowego strachu przed nieznanym. Za Kaiser! Za kolonie! I za Kofiego – najlepszego tropiciela od Zatoki Gwinejskiej po Saharę!
Porucznik Sebastian Schulz, dowódca ekspedycji saskiej w Togolandzie
(Kofi właśnie parzy kawę i kiwa głową z aprobatą po odczytaniu mu zapisanych przeze mnie słów).